Już od soboty za mną to chodziło. W niedzielny poranek, pogoda raczej średnia. Temperatura oscyluje w granicach 15-17 stopni, lekka mżawka. W mojej głowie pomysł został zaakceptowany. Szybkie pakowanie i finalnie wyjazd.

Jadę na Sobótczańską Dziesiątkę, czyli bieg ulicami Sobótki na dystansie 10 kilometrów. Trasa do Sobótki mija szybko, głównie autostradą. Kilkadziesiąt minut w samochodzie i jestem na na miejscu.

Sobótka, niemal mekka polskich biegaczy. Działa w niej lokalny Klub Biegowy Sobótka. Powiem Ci, że w mieście czuć atmosferę biegaczy. Sobótka wręcz żyje bieganiem. Jeśli w Twoim mieście ludzie patrzą na Ciebie jak na dziwaka bo biegasz, to musisz się przeprowadzić, właśnie do Sobótki. Mam wrażenie, że tam nie ma owego małomiasteczkowego gapiostwa. W Sobótce bieganie jest tak naturalne jak chodzenie na zakupy do Biedronki.

Wróćmy jednak do zawodów. Dobre oznaczenia miejsc parkingowych szybko prowadzą mnie do biura zawodów. Idę. Chcę zapłacić. W moim przypadku start kosztował 50zł. Całkiem sporo, jednak nie rezerwowałem w żaden sposób numeru, więc jestem w stanie to zrozumieć i zaakceptować. Z tego też powodu nie należała mi się koszulka, czy cokolwiek innego z pakietu startowego.

Dostałem jedynie butelkę, uwaga, CocaColi. Lekko zdziwiony zostałem poinformowany, iż to po to aby uzupełnić sobie poziom cukru przed biegiem.

zawody biegowe

Biuro zawodów od linii startu dzieliło jakieś 10 minut spaceru. Zawodników biegło około 400. Trasa wiodła przez ulice miasteczka. Były to 3 pętle o długości 3333 metrów. Finalnie zegarek pokazał mi dystans idealnie 10 kilometrów. Na samym starcie o zgrozo, mało było takich jak ja. Nieklubowych biegaczy. Może jeden na pięciu w zwykłej koszulce do biegania. Bez barw klubowych. Osamotniony się czułem w tym gąszczu zawodowców. Mało tego miałem wrażenie, że gro z nich na zawody zakłada wszystko co ma w domu. Daszek, skarpety kompresyjne, pas biodrowy, 3 bidony i żele. Frotka na czoło, frotka na nadgarstek. Telefon z Endomondo – obowiązkowo. Do tego maści rozgrzewające, izotonik przed startem. Profesjonalny banan i czekolada dla sportowców. Wszystko pro i na maxa kolorowe. Trochę za dużo tego wszystkiego w moich oczach.

Finalnie przyszła pora startu. Wśród zawodników ustawiłem się mniej więcej na środku. Plan na bieg nie był jakiś skomplikowany. Pierwsze okrążenie rozpoznawcze. Drugie takie zwykłe, natomiast trzecie, zwłaszcza w drugiej połowie to rakieta. Początek każdego z okrążeń to delikatny zbieg, prawie płasko. Następnie trochę pod górę, tylko po to aby zbiec w część środkową trasy. Na koniec długi i dający o sobie znać podbieg, po którym był najlepszy etap okrążenia, czyli długi zbieg w stronę mety. Całość trasy poprowadzona była ulicami miasta. Z uwagi na fakt, iż cały czas siąpiło z nieba na drodze było śliskawo. Delikatnie, bo delikatnie, ale zawsze coś.

blog biegacza

Tempo całego biegu oscylowało w granicach 5.20 min / km. Finalnie czas w którym udało mi się pokonać trasę to 53minuty i 6 sekund. Niby bez rewelacji. Ja jednak jestem mocno zadowolony. Na końcu poczęstunek w postaci kiełbasy i ciastek. Dla tych, którzy mięsa nie jedzą była soczewica(?) – ponoć dobra. Medal średnio fajny. Z informacji, które udało mi się zdobyć pod ladą robiony ręcznie z gliny, a następnie wypalany w piecu. Jak już wiecie nie jestem zwolennikiem takich medali, wolę metalowe, które ślicznie brzdękają i nie rozwalą się w chwili upadku.

Same zawody oceniam bardzo pozytywnie. Sobótka ma naprawdę biegowy klimat. Już teraz zapowiadam, że nie będą to moje ostatnie starty w tym miasteczku.