Ostatni dzień maja – telefon do znajomej Reni, która mocno szykowała się do udziału w półmaratonie w Jaworze. Pada pytanie, czy jedzie. Naturalnie, nie może być inaczej – jedzie! Ustalamy co zabrać, jak się ubrać i o której wyruszamy. 21 kilometrów do przebiegnięcia brzmi nieco groźnie, zwłaszcza dla nas, biegowych amatorów i zagorzałych zwolenników gubienia zbędnych kilogramów.

Dzień przed

Większość startujących wypoczywa, zbiera siły i gromadzi energię w wątrobie, co by jej nie zabrakło na trasie. Nasz dzień przed biegiem wyglądał zupełnie normalnie. Noc jednak była straszna, zarówno u mnie, jak i u Reni. Ona była w pracy, ja zaś miałem domowe przeboje z naszym 6 tygodniowym maluchem. Nie ma co się rozpisywać. Zarówno Renia, jak i ja nockę zarwaliśmy i spaliśmy raptem kila godzin. Trudno, nie ma co narzekać – wciąż jedziemy.

Poranne pakowanie: buty, skarpetki, koszulka, bielizna, plecak, telefon, GPS, pulsometr. Pulsometr był rozładowany, zatem został w domu. 8:30 rano zamykamy drzwi od samochodu i startujemy w stronę Jawora. Niecałe 30 minut później jesteśmy na miejscu. Po drodze zabieramy znajomego Przemka, który prowadzi nas do biura zawodów. Szybkie wypełnienie startowych formalności, czyli uiszczenie 50zł tytułem opłaty startowej. Na marginesie dodam, że jest to dość spora kwota, ale nie marudzę i nie narzekam.

blog biegacza

Biuro zawodów mieściło się na linii mety. Do startu, czyli do rynku należało się przejść, jakieś 800 metrów. Idziemy całą paczką, czyli Renia, Przemek, Dawid + kilka innych osób, które były miejscowymi znajomymi Przemka. Na starcie całkiem sporo osób, wszyscy się rozciągają, rozgrzewają. W ramach rozgrzewki staramy się zrobić króciutką przebieżkę, a następnie lekkie rozciąganie.

blog biegacza

Prowadzący ochoczo oznajmia, że zapisanych zawodników będzie mniej niż 200, co zaczęło budzić moje obawy o zajęte miejsce. Zdawałem sobie sprawę z faktu, iż będzie spore prawdopodobieństwo zająć jedne z ostatnich miejsc. Ponieważ ani mi, ani Reni to nie przeszkadzało śmiało ustawiliśmy się na starcie. Sektorów startowych nie było, zawodnicy stawali jak im wyszło, nie to co w rowerowych zawodach, choć tam liczba startujących sięgała 2 tysięcy.

Czas start

Punktualnie o godzinie 10:00 padł strzał startowy. Wszyscy ruszyli. Na początek 2 okrążenia rynku. Pojawiły się pierwsze emocje, szybko też zauważyłem, że tempo jest nieco inne aniżeli to z moich samotnych truchtań. Wszyscy biegli dużo szybciej. Na początku pojawia się pokusa aby gonić wszystkich. Na początku sił jest sporo, zatem można dać radę. Na szczęście potrafiłem opanować to uczucie i zdławiłem chęć jakiejkolwiek rywalizacji. Biegłem swoim tempem, starałem się dostosować je do tego, co było mi znane z moich sporadycznych treningów.

Po drugim okrążeniu ulicami jawora peleton (nie wiem, czy tak można napisać) wybiegł poza miasto. Na początek lekko pod górkę, symbolicznie ale zawsze to podbieg. Już wtedy zauważyłem pewne braki w mojej organizacji. O ile na rowerze plecak się sprawdza znakomicie, o tyle podczas biegu, trzeba go dopasować wręcz idealnie, tak aby nie podskakiwał przy każdym kroku. Niestety musiałem to zrobić w trakcie. Udało się, tyle o ile.

5 kilometr

Kolejna moja gafa. Plecak nie dość, że skakał, to jeszcze był pusty. Nie zapakowałem do niego nic do picia. Pogoda była super, bez wiatru, ładne słońce. Pić się chciało. Wiedziałem, że na trasie pojawi się coś na styl, znanych mi z rowerowych zawodów, bufetów, gdzie będzie można się napić. Przypuszczałem, że na połowie trasy się takowy pojawi. Na szczęście bufety były znacznie częściej, średnio co 5 kilometrów. Do picia była tylko woda, o izotonikach można było zapomnieć. Dobra i woda. Moja uwaga, ciężko jest pić z kubeczka wodę, kiedy się biegnie. Ja nie potrafiłem.

8 kilomert

Zaczyna się podbieg. Góra naprawdę spora. Miejscowi mówią, że będzie ze 2 kilometry solidnej wspinaczki. Nie chcę skłamać, ale górka się nie kończyła. Ponieważ czołówka już dawno mi uciekła, to trochę biegłem, trochę szedłem. Była to dobra taktyka. Na 10 kilometrze poczułem wyraźną ulgę wiedząc, że do mety już będzie bliżej aniżeli do startu. Odwrotu zatem nie było.

Zbieg dał w kość

Moje wielkie zaskoczenie. Zbieg jest bardziej wymagający aniżeli podbieg. Może nie kondycyjnie, gdyż z górki jest znacznie łatwiej. Zbieg jednak trzeba kontrolować. Mięśniami, ścięgnami, stawami, całym sobą. Moje nogi nie były przyzwyczajone do zbiegu w takiej ilości. Być może pół kilometra bym dał radę. Szybko jednak zaczęło piec, tuż nad piętami. Chwilę potem rozbolało prawe kolano, po zewnętrznej. Ponieważ był to środek trasy, mocno się przestraszyłem zbliżającej się kontuzji. Trudna decyzja, jednak dziś uważam, że słuszna, postanowiłem iść. W tym momencie wszystkich, którzy byli przede mną straciłem z oczu, czasami zaś zacząłem widzieć grupkę osób, które były za mną. Były to właściwie osoby zamykające wyścig.

Zbieg się skończył. Pozostała płaska trasa. Taką lubię najbardziej. Kolano wciąż bolało, zatem trochę biegłem, trochę szedłem. Pod koniec poczułem przeogromny głód. Z ręką na sercu to napiszę. Nie przypominam sobie, abym był tak głodny. Na przedostatnim z bufetów poratowali mnie okrągłym, nielubianym, ryżem. Przepyszny! Uratował mi życie.

Końcówka, finał, zupa, medal. Medal dostawał każdy, nawet ja. Czas w którym pokonałem owe 21 kilometrów to 2 godziny 30 minut i 17 sekund. W moim odczuciu mocno słaby. Nie zmienia to jednak faktu, iż pokonałem półmaraton, a wiem, że nie każdy się na taki bieg zdecydowałby.

Podsumowując

Okolica Jawora: piękna, organizacja zawodów: bardzo dobra minus (trasa słabo oznaczona),  radość z zawodów: ogromna.