Daty oczywiście już nie pamiętam. Zaplanowaliśmy jednak, iż pojedziemy ostatni raz w tym roku na singiel do Novego Mesta. Tradycyjnie już z niepokojem w oczach spoglądaliśmy na serwisy pogodowe w sieci. Na szczęście odprawione rytuały nie zawiodły nas i podoba dopisała. Świeciło słonko, nie było wiatru, temperatura jak na środkową jesień, nie rozpieszczała, ale nie ma co narzekać, trzeba jechać.

Tym razem postawiliśmy na nieco wcześniejszy start, co by maksymalnie wykorzystać i tak krótki dzień. Wyjechaliśmy zatem około godziny 9:00. A było nas czterech. Wojtek, Piotrek, Artur no i ja rzecz jasna – Grzesiek. Po drodze mieliśmy zaplanowany krótki postój w Lwówku Śląskim, gdzie do naszej wesołej drużyny dołączył Szymon. Ruszyliśmy w dalszą drogę.

Po blisko 30 minutach byliśmy na miejscu. Rowerzystów było tradycyjnie wielu. Nie biorąc mapy, teraz wiem, że był to błąd, ruszyliśmy w trasę. Początek szybki i znany. Dojechawszy do pierwszego rozjazdu podjęliśmy zapowiedzianą wcześniej decyzję. Nie jedziemy wprost na agonię, ale wybieramy czarny szlak po polskiej stronie. To bardzo dobra decyzja, gdyż trasa pomimo, iż dość wymagająca kondycyjnie z nawiązką odpłaciła trudy wspinaczki. Widoki były o wiele lepsze, zjazdy ciekawe, a adrenalina wzrastała na stromych stokach, które rozpoczynały się tuż przy ścieżce. Mi osobiście podobało się. Podobało się i to mocno.

Dojechawszy do małego rozjazdu, bez mapy, posłuchaliśmy polskiego przyjaciela, który doradził nam, iż lepszą trasą będzie ta pod górę. Owszem była bardzo fajna, jednak krótka, szybko okazało się, iż wyjechaliśmy na agonię. Wcześniej wspomniany przyjaciel dogonił nas i postanowił się z nami przejechać pod górę. Wojtek tradycyjnie pociągnął swoje 60 kilogramowe cielsko pierwszy. Ku naszemu, zdziwieniu Piotrek również pognał jak szalony ze swoimi niespełna 60 kilogramami pod górę. Na końcu tradycyjnie Szymon, Artur, ja i nasz przyjaciel. Podjechawszy zdecydowaliśmy się na krótki ławeczkowy odpoczynek, po czym ruszyliśmy w dalszą drogę.

Już chyba tradycją się stało, że tuż za Asfaltową Agonią wybieramy czarny szlak. Tego dnia również pojechaliśmy tą drogą. Tradycyjnie nie byłą ona jakaś specjalnie trudna technicznie, choć wymagająca kondycyjnie, gdyż prowadziła w dużej części pod górę. Po drodze zrobiliśmy kilka przerw na fotki.

 

Kolejny przystanek to Hubertka po czeskiej stronie. Tu pierwsze zdziwienie. Ludzi sporo, jak zawsze, jednak naszym oczom ukazał się dość nieoczekiwany widok. Otóż powstał nowy czarny szlak. Niestety nie mając mapy nie pojechaliśmy nim, gdyż nie mieliśmy pewności dokąd nas zaprowadzi. Jak się potem okazało, ów szlak to dodatkowe 10 km jazdy. Następnym razem oczywiście nie omieszkamy go przejechać.

 

Od Hubertki sama przyjemność. Czyli piękne, długie zjazdy. W końcu dojechaliśmy do centrum. Głodni. Zamówiliśmy po 2 kiełbaski, co było kolejnym błędem. Dlaczego?! Otóż Czesi nie powinni robić kiełbas. Chyba tylko głód zmusił nas do zjedzenia tego paprykowego paskudztwa. Zawsze kiełbaski były dobre, tym razem jednak okazały się średnio smaczne. Po posileniu się ruszyliśmy w stronę parkingu. Szybkie przebieranie, a po następnej godzinie znaleźliśmy się już w naszym chojnowskim domu.

Wyjazd mogę zaliczyć do wyjątkowo udanych. Szlak po stronie polskiej – wspaniały. Nowy szlak w kolorze czarnym, to też dobra wiadomość. Nic tylko czekać na wiosnę.

 

Zapraszam też do galerii zdjęć z naszego ostatniego wyjazdu.