Trochę filozoficznie dzisiaj chciałem. Przynajmniej zacząć, zobaczymy na czym skończymy. Przyznam się wam, że czuję się trochę zdołowany. Problemy z kolanem diametralnie odwracają moje spojrzenie na wiele kwestii. Na dzień dzisiejszy zmieniły się moje, nie tyle biegowe, co ogólno-sportowe plany.

Wczoraj otrzymałem informację od kolejnego ortopedy. Pozwólcie, że zacytuję co napisał:

Jeśli chodzi o Pana kolano, to chciałbym je jeszcze zbadać, jednak wynik rezonansu kwalifikuje Pana do zabiegu artroskopii. Z zabiegiem nie warto zwlekać, łąkotka ma małe zdolności regeneracji i raczej lepiej nie będzie.

Dając obraz swojego przygnębienia napiszę co myślę i czuję. Z zaplanowanych jesiennych startów pewnie żaden nie dojdzie do skutku. Rzecz jasna pomijam ten najbliższy półmaraton w Wałbrzychu. Mocno liczyłem na start w tych zawodach. Pamiętam jak namawiałem znajomych, pobiegniemy, pośmiejemy się, będzie impreza, będzie fajnie. Tym mniej wybieganym proponowałem start na krótszym, 7 kilometrowym dystansie. Jedyne, czego się obawiałem się w przypadku tych zawodów to żar, który mógł lać się z nieba. Dziś, oglądając pogodę, co najwyżej deszczu mógłbym się obawiać. Zapowiada się naprawdę fajna impreza. Ja w tej chwili dodałem informację na profilu imprezy, że mam do sprzedania pakiet.

Drugie zawody, które pewnie przejdą mi koło nosa będą tu u mnie, lokalnie. Bieg na 10km w Kunicach. Z mojego rodzinnego Chojnowa startuje całkiem spora grupka. W przypadku tego biegu, mocno się waham, czy nie wystartować.

Mocno żałuje startów w legnickich biegach. Na jesień szykuje się tam kolejne 10km oraz półmaraton, który miał być jesienną perełką na liście moich medalowych zdobyczy. Po sąsiedzku w grudniu miałem zamiar pobiec w lubińskim Biegu o Lampkę Górnika. To kolejna po Biegu Papieskim impreza w Lubinie. Ponoć równie udana i równie oblegana. Niektórzy z moich znajomych już teraz zaklepują pakiety na tą imprezę, co by na potem nie zabrakło.

Jest też światełko w tunelu. Małe, bo małe ale jest. Otóż gdyby operacja/zabieg był wykonany jakoś w niedalekim czasie. Wszystko poszłoby zgodnie z planem, rehabilitacja przebiegała szybko, to na zimę mógłbym pobiec :)

Póki co, trzymam się myśli, że artroskopii mieć nie muszę. Właściwie to nie zamierzam, choć przyznam, że opinia 3 ortopedy miała być dla mnie tą decyzjogenną, czyli taką, które sprawi, że podejmę konkretne kroki ku temu aby finalnie było lepiej. Jeszcze raz do głowy przychodzi mi słowo maziuga.

Po cichu liczę na to, że podczas wspomnianego przez doktora badania wyjdzie, że kolano nie jest aż w tak złym stanie, a radiolog opisujący rezonans, to się pomylił. Jeśli i was zdołowałem, to na pocieszenie napiszę – nie martwcie się. Daleki jestem od popełnienia samobójstwa z powodu kolana, które właściwie nie boli. O do głowy taka zagadka mi przyszła: po co operować kolano, które nie boli. Nie boli, aż tak bardzo.

Kończę depresyjne wywody. Trzymajcie się ciepło w ten 15 stopniowy, sierpniowy poranek. Pogoda nie rozpieszcza, co?