To wczorajsze filozofowanie chyba wyszło mi na dobre. Na szczęście mój Garmin pokazuje kiedy wstaje słońce. Sprawdziłem, nastawiłem budzenie na tą samą godzinę. Wstałem, ubrałem się i poszedłem na stadion. Cicho, pusto, słychać tylko tryskającą wodę, która podlewa murawę boiska.

Plan na dzisiejszy bieg był prosty. Przebiec jakieś 4-5 km bez kontroli tempa, czasu, po prostu, biec i czerpać radość z biegu. Taki młodzieżowy FUN. Tak sobie teraz myślę, że będąc młodzieżą nigdy bym nie powiedział FUN, a już na pewno nie połączyłbym go ze słowem bieganie. Teraz taki oksymoron mi wyszedł. Ot, polonista ze mnie. Wróćmy jednak do biegania. Założyłem, że będę drobić kroczki, starać się unikać biegania z pięty. Trochę to kłopotliwe dla mnie i jakies takie nienaturalne. Finalnie mogę napisać, że się udało.

Biegłem powoli, zmęczenia nie czułem, bez zadyszki, właściwie to w mocnej strefie komfortu. Zegarek mówi, że nie wszedłem nawet w 3 strefę przy pomiarze tętna. Na zegarek jednak nie patrzę. W między czasie na stadion zawitała jakaś pani. Na oko, jakieś 55 lat. Truchtała. Też powoli. Tak jak ja, może ciut wolniej. Ważne, że bez napinki, bez gonienia nawet samego siebie.

Dziś mogę wam powiedzieć, że przekraczanie, nowych, własnych granic jest super. Ma ono jednak drugą stronę medalu. Kontuzje, zbyt duże zmęczenie. Ja wiem, że to kusi. Zdaję sobie sprawę z tego, że wraz ze wzrostem wytrenowania przychodzi taki moment, w którym nie poznajesz samego siebie, tego na starcie przygody z bieganiem. Namawiam jednak aby spróbować wrócić do korzeni. Choć raz, pobiegnij tak jak Forest Gump, bez celu, bez kontroli tempa. Po prostu dla funu i przyjemności z biegania i obcowania z samym sobą.

śniadanie biegacza

Kończę powoli i idę na śniadanie. Musli własnej kompozycji zjem, z maślanką i miodem.

Naprawdę filozoficznie się zrobiło, zwłaszcza pod koniec, kiedy to namawiam was do bycia Forestem Gump’em. On, może i trochę głupkowaty, to jednak był zadowolony z życia. Czego i wam życzę.