21 grudnia 2012 – koniec świata. Miał nastąpić. Jak widać nie nastąpił. Może innym razem. Ja na przekór innym postanowiłem zamiast do schronu skorzystać z namowy Piotrka i wybrać się na kolejny z okolicznych stoków. Oddalony od nas o około 50 kilometrów Dziwiszów i sięgająca niespełna 1000 metrów Łysa Góra. Plan jest prosty. Wyjechać rano, zjechać kilka razy i na godzinę 13 być w domu. Właściwie to plan udało się zrealizować w 100%. Przynajmniej przeze mnie, bo Piotrek to orła wiwinął :0

Ale od początku. Startujemy o 8:30 spod mojego domu. Złotoryja, Świerzawa i jesteśmy na miejscu. Temperatura w okolicach -5 stopni, widoczność świetna, wiatru prawie brak, pogoda wyśmienita. Pierwsze zdziwienie – nikt nie zbiera za parking. Zaparkowanych samochodów może z 10. Parkujemy i my. Niestety przejechać nie możemy nieco dalej ponieważ jakiś gamoń raczył zatarasować przejazd swoimi nartami. No trudno, nie zepsuje to nam dnia. Ubieramy buty, wyciągamy deski. Jesteśmy gotowi. Ciśniemy z buta pod górkę, tak żeby choć w połowie stoku wyjść i zjechać na dół. Siadamy, przypinamy deski i jedziemy w dół.

5   3

Łysa Góra – Dziwiszów

Nie potrzeba wiele czasu, żeby zauważyć, że jazdą w puchu tego nazwać nie można. Śnieg na stoku przypomina raczej lodowatą, mocno ubitą połać. Ponieważ Łysa Góra do długich stoków raczej nie należy ustalamy taktykę zjazdów. Kolejny raz prosta zasada: nie czekamy na siebie. Piotrek powoli, ja nieco szybciej. Obaj jedziemy w dół, z myślą, iż na dole będzie można kupić magiczny bilecik w kasie. Na dole okazuje się, że kasy są na górze, jednak Pan wspaniałomyślnie wpuszcza mnie na orczyk. Tu moje drugie zdziwienie – pad antypoślizgowy, który usunąłem z deski to przydatne urządzenie. No ale trudno, trzeba się zaadaptować do panujących warunków. Jestem na górze. W kasie kupuję skipass’a. Cena dość wysoka: 40 zł za 4 godziny jazdy. W porównaniu z zeszłotygodniowym SkiSun ze Świeradowa to kosmicznie wysoka. No ale trudno, kupiłem. Dzwoni telefon, to Piotrek. Niestety nie udało mi się ani odebrać, ani do niego zadzwonić. Pomyślałem, że ma problemy z podjazdem na górę. Jadę więc drugi raz w dół. Istotnie Piotrek czeka przy orczyku.

 

Orzeł Piotrka

Niestety nie czeka bez powodu. Ano upadł i boli go lewy bark. Na tyle mocno boli, iż postanawiamy, że Piotrek kończy dzisiejszą jazdę. Ja dałem się namówić i zjechałem jeszcze trzy razy i wracam. Ot zwykłe zjazdy po sztucznym, twardym śniegu. Średnio mi się podobały, choć lepsze takie niż żadne. Niestety głównie na dole ratrak zapomniał chyba przejechać i porozbijać bryły lodu, które się utworzyły i które wyraźnie było czuć pod stopami.

24

 

Podsumowanie

Wyjazd niestety średni. Z uwagi na kontuzję Piotrka. Właściwie to i ja upadłem drepcząc do samochodu. Upadłem na śliskiej części drogi. W efekcie deska rozcięła mi palec, co ochoczo wykorzystała krew cieknąc obficie. Na szczęście przygotowany Piotrek poratował plastrem :) wprost z samochodowej apteczki. Stok jak stok, ot Łysa Góra, nieco droga, w moim odczuciu, biorąc pod uwagę jej długość i infrastrukturę (mam tu na myśli same orczyki i talerzyki) . Choć z drugiej strony jest to najbliższy w okolicy stok, który nie ma dużej konkurencji, zatem na owe ceny może sobie pozwolić.