Postanowiłem, że zacznę filozoficznie. Od pewnego czasu, brak mi czasu. Zasadniczo – na wszystko, a na przyjemności, to już szczególnie. Domowe obowiązki, tak przecież różne, skutecznie pochłaniają każdą wolną milisekundę. Postanowiłem przechytrzyć los stając okoniem i upierając się jak osioł zarządziłem rodzinną, rowerową wycieczkę. A co! Czy się udała? Średnio! Już dziś jednak wiem, że będzie trzeba powtórzyć.

Kogo zabraliśmy

Żona moja – rzecz jasna. Osoba nieodzowna w rodzinnych wycieczkach rowerowych. W dalszej kolejności wiecznie zapłakana pierworodna Alicja. Dlaczego zapłakana? Zapłakana, gdyż mocno uparta jest, ponieważ jednak ma mocno upartego ojca, czyli mnie to mamy nieustanny konflikt w zaopatrywaniach na otaczający nas świat. Ponieważ jednak to ja jestem tatusiem, a ona ma zaledwie 5 lat wychodzi na moje. W przeważającej większości. Generalnie Alicja na rowerze jeździ od lat 2. Początkowo był to rower – 12 calowiec z bocznymi kółkami. Od kilu miesięcy dumnie jeździ 20 calowym Trekiem. Istotne jest, aby był różowy lub z dziewczęcym akcentem. Ostatnim członkiem naszej drużyny jest Zośka. Zosię, w przeciwieństwie do Alicji nie interesuje kolor roweru, wielkość kół, czy kierunek w którym jedzie. Ma dopiero 13 miesięcy i żaden z dostępnych kasków nie pasuje na jej małą głowę. Zosia zajęła zaszczytne miejsce na czerwonym fotelu z Decathlon’a. Swoją drogą polecam. Generalnie o Zośce pisać zbyt dużo nie będziemy, gdyż dość szybko raczyła zasnąć i tyle było jej jazdy.

Rozpoczęcie

Z uwagi na spływające z nieba słońce wprost na nasze skóry dziewczyny zostały nasmarowane kremem z filtrem 50. Przyodziane w kaski, napojone i z dobrymi chęciami zmotywowane do jazdy. W tym momencie muszę wam przybliżyć moje dotychczasowe wyjazdy rowerowe. Były to albo amatorsko, treningowe, z akcentem na treningowe, wypady. Albo mocno turystyczne, z góry narzuconym celem.

Tym razem było jednak zupełnie inaczej. Jechaliśmy raczej przed siebie, z jednym ważnym założeniem unikać jak ognia dróg asfaltowych. Naturalnie nie udało się ich ominąć w 100% niemniej jednak powolnym, zrelaksowanym tempem przejechaliśmy 16 kilometrów.

Niepowodzenie

Co mi się w trakcie wycieczki nie podobało. Wyjątkowo mocno stresowały mnie samochody, które o dziwo uważały na nas. Niemniej jednak męczące było powtarzanie: „jedź po prawej, tu przy trawie” i tak w koło Macieja, za każdym razem, kiedy samochód jechał obok nas.

Kolejne niepowodzenie, to znudzenie naszego mniejszego szkraba. Jakieś dwa kilometry przed domem Zośka postanowiła zaprotestować i przez ostatnie dwa kilometry zawodziła sobie. Więcej wpadek nie mieliśmy lub nie pamiętam.

Zaskoczenie

Muszę przyznać, że wycieczka mocno mnie zaskoczyła. Byłem przygotowany na coś zupełnie innego. Spodziewałem się systematycznych postojów, a bo to nogi bolą, a bo zośka chce wyjść z fotelika/siodełka, a bo pić, siku. O dziwo Alicja ani razu nie upadła na rowerze, nie protestowała, że kask trzeba założyć. Było niemal idealnie. Muszę wam powiedzieć, że wycieczka z moimi dziewczynami przypadła mi bardzo do gustu. Z całą pewnością dołożę starań, aby stała się ona naszą tradycją.

Jeśli macie jakieś przemyślenia uwagi, pomysły – piszcie.