Najbardziej poczytne blogi, najbardziej lubiani sportowcy. Wszyscy biegają, jeżdżą na rowerach. Czasy na półmaratonie budzą podziw i wywołują zazdrość. Pokonywane dystanse są niesamowite. Zastanawiasz się, czy wszyscy tak mają! Nie, nie wszyscy! Są też tacy, którzy borykają się z wagą, a mimo to czerpią przyjemność z biegania, spotykają się na zawodach. Właściwie to będę mówił o sobie. Niektóre moje starty to droga przez mękę, wierzę jednak, że i one mają jakiś cel, choćby dydaktyczny. Uczą pokory i zmuszają do dalszej pracy.

Pamiętam jak dziś, jedne z pierwszych moich zawodów rowerowych. Był to jeden z prostszych maratonów. Mowa o wrocławskiej edycji Bikemaratonu. Miałem za sobą już kilka startów. Idąc wiedziałem czego mogę się spodziewać. Na rowerze jeździłem już kilka dobrych lat. Nie była to niedzielna jazda od czasu, do czasu. Wręcz przeciwnie, miałem przepracowaną całą zimę, a to bieganie, a to rower, a to basen. Moja kondycja była całkiem znośna.

Zawody rowerowe

Pamiętam jak dziś 17 kwietnia. Pogoda okropna, przez ostatni tydzień padało. Rower przyszykowany znakomicie, ciuchy wyprane, pachnące, ciepłe i czyste. Jasnym było, że na trasie będzie błoto. Liczyłem się z tym.  Jak to mówią kolarze przełajowi, jest błoto, jest impreza. W moim planie miałem przejechać trasę MIDI, czyli jakieś 58km. Przyjazd, parkowanie, rozgrzewka. Wszystko super. Jak to we Wrocławiu, blisko 2 tysiące startujących. Start! Początek świetny. Trzymam się grupki kolarzy, którzy posturą i prędkością powinni jechać tak jak ja. Po jakimś czasie się okazuje, że grupka odchodzi coraz bardziej, u mnie zaś w płucach gromadzi się coraz więcej CO2, co wymusza ich częstsze skurcze. Zadyszki dostaję, ot co :) Głowa jednak rządzi, upatruję kolejną grupkę kolarzy, z którą staram się jechać. Z czasem sytuacja się powtarza. Błoto na trasie potworne, niekiedy rower wpada po przysłowiowe piasty w kałuże.

blog rowerowy

fot. fotomaraton.pl

Temperatura oscyluje w granicach 8-10 stopni, pada. Na 30 km pierwsze myślenie. Do mety bliżej niż do startu. Trzeba brnąć dalej. Brniemy więc. Na 40 kilometrze przychodzą wisielcze myśli. Po co Ci to było. Może zawrócić! Nie! Jeszcze tylko 20 kilometrów, wręcz 18. Potem jest coraz gorzej. Zimno, pierwsze skurcze w łydkach, pierwsze kolki przy oddychaniu. Kwintesencją wszystkiego był upadek. Rower przeokrutnie uderzył mnie w udo. Bolało jak diabli. Chwilami już nie miałem siły jechać. Co robiłem?! Pchałem! Nie było wyjścia. Ten 58km bardzo zapadło mi w pamięć. Podeptało moją psychikę. Podeptało właściwie wszystko, moje przygotowania, moje ego, o wyniku już nie wspomnę.

Półmaraton

Inny rodzaj aktywności. Bieganie. Półmaraton w Jaworze. Pisałem już o nim. Po nieprzespanej nocy, słabo przygotowany. Mimo to poszedłem. Trasa biegu, także dała mi w kość. Czas, fatalny, ponad dwie i pół godziny. Miejsce – 4, sęk w tym, że od końca. Nie, nie w grupie wiekowej, czy wśród mężczyzn. W kategorii open. Mimo to, dobiegłem. Na szczęście nie czułem się tak zdruzgotany jak w przypadku Bikemaratonu w Miękini.

blog o bieganiu entuzjazm-na-poczatku

Nauka wyciągnięta z porażek

Jaką wyciągnąłem naukę na przyszłość. Od tamtej pory starty traktuję jako zabawę. Wiadomo nutka podekscytowania jest, nawet bardzo duża. Kolejne zawody, w których startuję zawszę są tymi, których nie wygram. Tak do tego podchodzę obecnie. Finalnie czasy moich przebiegów są odrobinę lepsze. Nie są to poziomy nawet zbliżone do tych, które możemy obserwować na Instagramie, czy innych blogach. Ot biegam i jest mi z tym dobrze. Rywalizuję, tylko ze swoimi rekordami.

Przechodząc do kwintesencji wpisu napiszę, iż czasami nie warto się zniechęcać do udziału w zawodach tylko dlatego, że nie wychodzi nam tak jak tym najlepszym. Po pierwsze, oni także zaczynali, śmiem twierdzić, że nie było im łatwo, pewnie też bolało. Byli jednak na tyle silni, by po skończonym biegu powiedzieć: ból minie, satysfakcja pozostanie na zawsze. I tego wam życzę.

Skończyłem, prawie jak ksiądz na mszy. Pozdrawiam .