W ramach testowania nowego systemu dośledzenia trasy postanowiłem wdrożyć Endomondo. Aplikacja powszechnie znana, a co ważniejsze masowo używana przez tysiące użytkowników. W ramach moich doświadczeń opiszę kilka podstawowych problemów na jakie się natknąłem. Napiszę też o podstawowej zalecie, która jest nie lada przewagą w stosunku do innych, tradycyjnych urządzeń, które pozwalają na zapis przebytej trasy.

Endomondo

Zacznę może od wersji aplikacji, którą mam zainstalowaną na swoim telefonie. Jak przypuszczam, jest to najbardziej aktualna wersja Endomondo Pro. Dlaczego przy mojej wersji pojawił się czerwony znaczek PRO. Otóż moje palce nader często klikały w reklamy umiejscowione w dolnej części aplikacji. Poświęciłem więc 20zł i kupiłem wersję PRO licząc na to, że reklam nie będzie. I owszem, nie ma – pomijając sporadyczne nagabywanie autorów aplikacji do tego, żeby wykupić abonament w samym serwisie. Nie chcę- dziękuję. Wracając do problemów. Pierwszy, który mi się rzuca rażąco w oczy to niedopracowana autopauza. Zdaję sobie sprawę z faktu, iż jest to raczej umowny system pauzowania, jednak w trakcie mojego biegania czasami słyszę komunikat zacnej automatycznej pani, która mówi, że zatrzymała mi czas. Dlaczego? Nie mam pojęcia i zdaje się, że będzie to wielką tajemnicą. Mogę jedynie przypuszczać, że pojawiają się sporadyczne problemy z zasięgiem GPS’a który w moim telefonie najwyższych lotów przecież nie jest. Jednak autopauza w porównaniu z drugim problemem to nic. Otóż kolosalnym kłopotem jest dla mnie usadowienie telefonu w specjalnym pokrowcu przymocowanym do mojego ramienia. Problem pojawił się już kilka razy. Mianowicie przy operacji wkładania telefonu aplikacja się wyłącza, wiesza, nie wiem co jeszcze. Jest to absurdalna porażka i kolejna tajemnica autorów aplikacji.
Endomondo ma też niebagatelną zaletę. Chodzi bowiem o proces łapania fix’a. Tradycyjne urządzenia GPS, aby poprawnie śledzić trasę potrzebują w swoim zasięgu mieć przynajmniej 3 satelity. O procesie namierzania satelit przez mojego Quechua’e pisałem w jednym z poprzednich wpisów. Endomondo robi to sprytnie. Aplikacja doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, iż działa w środowisku, w którym internet nie jest dziwnym, wymyślonym tworem. Korzysta z tego faktu bezlitośnie zgniatając konkurencję. Endomondo namierzając potencjalne satelity wspomaga się internetem – pisząc kolokwialnie. Dzięki czemu czas potrzebny na złapanie fix’a jest nieporównywalnie krótszy, aniżeli w przypadku mojego Quechua. Wierzcie mi – porównywałem.

 

To tyle na dziś. Następnym razem postaram się opisać Sportstracker’a. Piszą, że jest on lepszym systemem. Kto wie – zobaczymy. Jego przewagą już dziś, jest fakt, iż ma on system galerii zdjęć przypisanej do każdej z wycieczek.