Z początkiem lipca miałem prawdziwą przyjemność dwukrotnie zawitać na berlińskim lotnisku Tegel. Kiedy tylko dowiedziałem się, o tej nieplanowanej wizycie w stolicy Niemiec postanowiłem zwiedzić ją. Naturalnie miało to być zwiedzanie w biegu.

Zdecydowałem, że w ciągu godziny postaram się odwiedzić choć kilka najbardziej rozpoznawalnych miejsc w Berlinie. Wybór był banalnie prosty. Przede wszystkim Plac Poczdamski, później Brama Brandenburska oraz gmach Bundestagu. Finalnie znalazł się także Bundesrat, Kolumna Zwycięstwa, kawałek muru berlińskiego oraz Sony Center (choć te dwa ostatnie zlokalizowane były przy placu Poczdamskim).

Komunikacja miejska w Berlinie

Zacznijmy jednak od początku. Samolot znajomych przylecieć miał do Berlina wprost z Nowego Yorku o godzinie 7:50 rano. Zdecydowałem, iż zostawię auto bezpośrednio na lotnisku, sam zaś skorzystam z komunikacji miejskiej. Jak zaplanowałem, tak zrobiłem. Wyjazd z domu o 2:50. Po blisko 3 godzinach jazdy jestem na miejscu. Szybkie szukanie miejsca parkingowego (niestety nie udało się znaleźć takiego bezpłatnego) oraz zlokalizowanie przystanku autobusowego. Na przystanku zakup biletu komunikacji miejskiej.

Pozwolisz, że tu się zatrzymam. Wszak jest przy czym. Komunikacja miejska w Berlinie jest istnym majstersztykiem. Wydaje się, że z każdego miejsca w mieście możemy dojechać w dowolne inne przy max, 1-2 przesiadkach. Do wyboru mamy multum środków: autobusy, tramwaje oraz mocno rozbudowane metro.

Wróćmy jednak do mojej przygody. Bilet kupujemy w automacie zlokalizowanym na lotniskowym przystanku. Koszt biletu to 2.70 euro. Jest to jednorazowy bilet uprawniający do przejazdu (zdaje się) wszystkimi środkami komunikacji w jedną stronę do miejsca docelowego (absolutnie nie możesz nim wracać). Jest on ważny przez 2 godziny od chwili jego skasowania. Nie wiem, czy wszystkie, ale te automaty na lotnisku obsługują interesantów także w języku polskim. Po zakupie biletu jedziemy autobusem TXL wprost do centrum miasta.

Pierwsze zaskoczenie, jakie mnie spotkało to to, że autobus nie dojechał do Placu Poczdamskiego, tak, jak planowałem. Kierowca ochoczo oznajmił, że przy głównym dworcu S-Bahn’u jest koniec trasy. Zaproponował aby dalej jechać metrem. Owym autobusem jechałem jakieś 30 minut. Szybki rzut oka na telefoniczną mapę i co się okazuje? Otóż od budynku Bundestagu dzieli mnie zaledwie 500 metrów. Przesadnie nie kombinując decyduję się zmienić swój plan i rozpocząć zwiedzanie od dworca metra.

dworzec główny berlin

Daleko mi do architektonicznego specjalisty, dlatego napiszę: budynek ładny, nowoczesny, majestatycznie duży. Zwieńczeniem schodów jest wielka ruchoma rzeźba, wydaje mi się, że konia. Wszystko byłoby bardzo pięknie, gdyby nie fakt, że na owych schodach wyraźnie czuć woń, tak dobrze znaną z polskich dworców PKP. Mówiąc bardzo wprost, śmierdziało tam sikami.

Reichstag – Bundestag

Zapomniałem dodać, iż przez całe zwiedzanie telefon służył mi za przewodnika, wyznaczając rozkoszną trasę. Tym razem nie było inaczej, okrążyłem dworzec, tuż za nim z dumą powiewały niemieckie flagi na dachu Reichstagu. Biegiem ruszyłem rozpoczynając zwiedzanie Berlina w biegu. Po około 500 metrach znalazłem się na placu przed parlamentem rzeszy.

Berlin Bundestag

Sam budynek mocno okazały. Jak donosi wikipedia budowano go 10 lat – od 1884 do 1894 roku w myśl projektu Paula Wallota. Z mojej pierwszej wizyty w Berlinie pamiętam, że do środka można wejść, zwieńczeniem zwiedzania jest możliwość wejścia na znajdująca się na dachu szklaną kopułę. Z niej zaś widać piękną panoramę Berlina. Pomijając sympatyków polityki, dla wizyty na dachu naprawdę warto. Ponieważ jednak była godzina 6:40 z rana oraz wszędzie były poustawiane i nieplanowane przeze mnie barierki do środka wejść nie było jak. Za to nie było ani kolejki, ani tłumu ludzi przed samym budynkiem. Byłem tylko ja, kilka gołębi i może 2-3 innych biegaczy, którzy w milczeniu przemknęli przez plac. Naturalnie nie mogło się obyć bez zdjęcia w biegu.

bundestag2

bundestag1

Właściwie to mógłbym tak bez końca, dlatego pobiegłem dalej. Kolejnym punktem mojej wycieczki była Brama Brandenburska. Z placu musiałem się przebiec jakieś 500 kolejnych metrów. Złą wiadomością będzie to, że nie wiedzieć czemu na ulicach, chodnikach była cała masa  barierek, które skutecznie zagradzały drogę. Mało tego, spotkałem multum policjantów, który „patrolowali” miasto. Za punkt honoru stawiam sobie sprawdzenie tego.

Brama Brandenburska

Znajduje się raptem kilkaset metrów od budynku parlamentu. Jest chyba najbardziej znanym symbolem Berlina. Idąc z mapą szukajcie Pariser Platz, to właśnie na nim znajduje się owa budowla. W jej okolicy są bogate banki, kilka ambasad oraz luksusowy hotel. Brama Brandenburska niegdyś dzieliła miasto na część wschodnią i zachodnią, dziś jest ponoć symbolem jedności miasta. Dwie ciekawostki dla was. Pierwsza to to, że jeszcze do 2002 roku odbywał się normalny ruch, samochodowo/autobusowy przy tej zabytkowej budowli. Druga jest związana z projektem. Otóż architektem, który naszkicował budynek jest Carl Gotthard Langhans urodzony w Kamiennej Górze.

Niestety i tu, przy bramie pojawiły się barierki, które skutecznie obrzydziły zdjęcia oraz zagrodziły drogę. Co do samych zdjęć, naturalnie kilka się znalazło.

brama_brandenburska

Kolejnym punktem zwiedzania w biegu miał być Plac Poczdamski. Za pierwszym razem tak właśnie było. Niestety przy drugiej wizycie przejście było już zamknięte zmuszając mnie do kolejnej zmiany planu i biegu trochę na około. Właściwie wyszło mi to całkiem na dobre, gdyż miałem okazję przebiec obok budynku Bundesrat’u.

bundesrat

Plac Poczdamski

Finalnie jednak znalazłem się na wspomnianym placu Poczdamskim. Czyli kolejnym znanym i rozpoznawalnym miejscu. To tu znajdują się ładne nowoczesne, majestatycznie drapiące po brzuszkach chmury, budynki (zdanie zakręcone niczym muszla ślimaka). Przy placu obok wieżowców znajduje się dworzec metra, kompleks Sony Center (czyli mocno charakterystyczny, nowoczesny obiekt żeby nie powiedzieć centrum handlowe) oraz fragmenty muru berlińskiego.

Plac Poczdamski - panorama

sony_center

Sony Center

mur_berlinski

Fragment mury berlińskiego.

plac_poczdamski_2

Na placu Poczdamskim właściwie kończy się zwiedzanie najbardziej charakterystycznych punktów miasta. W moim odczuciu można by pokusić się i pokazać jeszcze kilka innych i znanych miejsc, takich jak wieża telewizyjna, wyspa muzeów, czy też katedra berlińska. Ponieważ jednak musiałem zdążyć na lotnisko ograniczyłem się do tych wyżej opisanych. Warto jeszcze dodać, iż w drodze powrotnej przebiegłem obok Kolumny Zwycięstwa, czyli blisko 65 metrowej wieży upamiętniającej zwycięstwo Prus nad Danią w wojnie duńskiej z 1864 (tak twierdzi wikipedia). Wnętrze kolumny to klatka schodowa, w której jest 285 stopni, dzięki nim wchodzimy na platformę widokową na wysokości 50 metrów.

Kolumna Zwycięstwa

Spora część mojego biegu wiodła też przez największy w mieście, aż 210 hektarowy, park nazwany Großer Tiergarten. Na trasie spotkać można było całkiem sporo biegaczy. Tylko jeden z nich przyjaźnie skinął głową w moją stronę, cała reszta była raczej mocno zamyślona.

Inny Berlin

Nie byłbym sobą gdybym nie znalazł w całej tej wycieczce nieco słabszych punktów. Tak, tak. Były i takie. Miasto jest piękne, zadbane z licznymi „smaczkami”, które musimy zobaczyć. Są jednak w nim miejsca i takie, które znamy z naszych polskich metropolii. Brzydkie, z pobitymi butelkami i bezdomnymi śpiącymi pod wiaduktami. Nie widać tego jadąc samochodem, czy autobusem. Zapewniam jednak, że tak właśnie jest.

Wybiegając ze ścisłego centrum miasta trafiłem na ulice, gdzie wszędobylskie tagi od graficiarzy szpecą ściany, niekoniecznie nowych i zadbanych budynków. Biegłem ulicami na których liczne kawiarenki, czy mini bary były oblegane przez mężczyzn o karnacji raczej ciemniejszej niż nasza, europejska. Panom nie przeszkadzała wczesno-ranna pora, aby raczyć się piwkiem w towarzystwie kumpli. To właśnie na tych ulicach najwięcej było potłuczonych butelek, czy śmieci, które zalegały na ulicach.

W końcu też biegłem ulicami, które były raczej przemysłowe. Niczym nie różniły się od moich prowincjonalnych ulic, przy których są wszelkiej maści magazyny, składy, parkingi, czy mini fabryki. W takim Berlinie jest dokładnie tak jak u mnie, różnica prawie żadna, ot mówią po niemiecku.

Podsumowanie

Podsumowując moje dwa wypady do stolicy Niemiec muszę napisać, iż jestem bardzo zadowolony z tak spędzonego czasu. Okupione to wprawdzie było niezłym zmęczeniem spowodowanym brakiem snu, niemniej jednak było warto. W trakcie tych dwóch treningów przebiegłem około 24 kilometry w tempie oscylującym w granicach 5:20.

W trakcie tych dwóch wycieczek zrodził się także mały, chytry, diabelski plan, co by zaliczyć inne europejskie stolice. Dokładnie tak samo w biegu. Na pierwszy ogień pójdzie nasza kochana Warszawa. Potem, kto wie, może Praga. Wszystko przede mną. Tak czy siak proszę trzymajcie kciuki. Jeśli zaś macie jakieś uwagi, doświadczenia związane z Berlinem – piszcie śmiało! Czekam i pozdrawiam.